książki

James Dashner – Lek na śmierć

15:08:00Izabela Lemke


Labirynt był tylko początkiem. Uwięzieni w nim nastoletni chłopcy przez dwa lata nie mogli znaleźć wyjścia. Wszystko się zmieniło, gdy do grupy dołączył Thomas. Przed najodważniejszymi z nich DRESZCZ postawił kolejne zadanie – przedarcie się przez Pogożelisko pełne Poparzeńców. Co spotkało Streferów na ostatniej prostej wyścigu po lek?

Thomas jest już zmęczony. Nadal ma wiele pytań i jest gotowy do działania, ale przepełnia go rozgoryczenie. Ma już dość kłamstw, intryg, Teresy, ale przede wszystkim nie może już znieść DRESZCZu. Nienawidzi tej organizacji. Brzydzi się tym, że dla nich pracował. Nie wierzy też w zapewnienia, że czas prób się skończył i jedyne czego potrzebują naukowcy, to współpraca. Thomas nie zgadza się na odzyskanie wspomnień ani na pomoc w uzupełnieniu mapy pozwalającej stworzyć lek na Pożogę.  Po jego stronie staje Minho i Newt. Nieoczekiwanie biorący udział w eksperymencie dowiadują się, że nie wszyscy z nich są zdrowi…

James Dashner przyzwyczaił nas już do szybkiej akcji, napięcia i niebezpieczeństwa. Po rewelacyjnym pierwszym tomie przyszedł czas na drugi, równie dobry, teraz zaś miałam okazję przeczytać ostatni. Zmienił się mój punkt postrzegania (od lektury Prób ognia minął rok) i wymagałam trochę więcej. Mam wrażenie, że Thomas tak jak Harry Potter jest niereformowalny. Ciekawość zwycięża z niebezpieczeństwem, on musi spojrzeć, zaczekać, podczas gdy inni rozsądnie uciekają. Nie można mu odmówić odwagi i lojalności względem przyjaciół, to coś, co się ceni, zawsze i wszędzie. Nie podobało mi się jednak infantylne zachowanie, zbytnia buta i pewność siebie, nie tylko jego, ale i towarzyszących mu chłopców. Chwilami wyraźnie odczuwałam, że bohaterowie mają po te szesnaście czy siedemnaście lat i to książka skierowana do młodzieży, nie takich starych osób jak ja.

Niemniej jednak Lek na śmierć mnie wciągnął. Krótkie rozdziały sprawiły, że powieść przeczytałam w dwa wieczory. Nie można narzekać na brak zwrotów akcji, bo te były i zaskakiwały. Nie brakło też dramatycznych momentów, trudnych nie tylko dla bohaterów, ale i dla czytelnika. Żniwo zebrała też śmierć.

Świat wypalony przez słońce, z wirusem dziesiątkującym ludność, to doskonały pomysł na książkę. Lubię dystopię i przyjemnością dla mnie było czytanie o chłopcu, a nie jak zwykle o dziewczynie, w dodatku umieszczonym w labiryncie. Tego jeszcze nie było. Podobało mi się też opracowywanie leku na podstawie zmiennych, jakimi są podejmowane decyzje i zachowania. Jak to się skończyło, czy lek udało się stworzyć, tego wam oczywiście nie zdradzę. Trochę inaczej wyobrażałam sobie zakończenie, ale patrząc realistycznie… taki właśnie mogłaby mieć finał pandemia.

Czytelnik nadal ma wiele pytań, na niektóre z nich powinien znaleźć odpowiedź w Rozkazie Zagłady – prequelu Więźnia labiryntu. Ja jednak najbardziej jestem ciekawa Kodu gorączki, czyli opowieści bezpośrednio poprzedzającej wydarzenia z pierwszego tomu, o Thomasie projektującym labirynt. Premiera w listopadzie.



Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu Papierowy Księżyc


You Might Also Like

0 comments

Archiwum

O blogu

Dość poważnie

Wszystkie teksty opublikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Zabraniam ich kopiowania oraz wykorzystywania bez mojej wiedzy i pisemnej zgody.

Formularz kontaktowy