ekranizacje

Ekranizacja: Love, Rosie

08:40:00Izabela Lemke


To słodko-gorzka historia przyjaźni i miłości. Z przyjemnością przypomniałam sobie film, który ostatni raz oglądałam tuż po premierze w kinie. Teraz, gdy jestem po lekturze książki, odbieram go troszkę inaczej.

Rosie i Alex znają się od dziecka i są najlepszymi przyjaciółmi. Planują wspólną przyszłość w Bostonie, gdzie oboje zaczną studia. Nieoczekiwanie ich plany zostają pokrzyżowane, a los nie szczędzi trudności. Czy mimo przeszkód ich przyjaźń przetrwa? A może, gdyby się odważyli, mogłoby połączyć ich coś więcej?

Moją opinię o książce możecie przeczytać tutaj. Powieść Cecelii Ahern została trochę zmodyfikowana, by lepiej wyglądała na ekranie i bardziej się sprzedała. Kto czytał, ten wie, że akcja rozgrywa się na przestrzeni ponad czterdziestu lat, film zaś obejmuje dwanaście. Aktorzy są więc najpierw odmładzani poprzez fryzury i stroje, a potem stopniowo zbliżają się do ich rzeczywistego wieku. Charakteryzatorzy spisali się na medal. Zarówno Rosie jak i Alex wyglądają naturalnie, obojętnie w jakim etapie życia się znajdują.


Film miał trafić do młodzieży, jak i starszych odbiorców. Mamy więc zabawną sytuację z wpadką, imprezę nad basenem z napojami w kolorowych kubeczkach, jak i typowy pokój nastolatki. Pojawiają się też kwestie związane z urokami macierzyństwa, które na pewno znane są każdej mamie. Pierwsza, dość komercyjna część, płynnie przechodzi w poważniejszą, obyczajową formę.

Nie ma brata Rosie, ani Josha, syna Alexa, ale nie ma to większego wpływu na fabułę. Oboje i tak mają bogate doświadczenie życiowe. Cieszę się, że zamiast fabryki spinaczy, pojawił się hotel, bo przypominał o marzeniu Rosie. Smaczku książce dodawała relacja z nauczycielką, której tutaj nie ma, ale ekranizacje rządzą się swoimi prawami. Na wielki plus adaptacji zaliczam piękne zdjęcia i soundtrack (do posłuchania tutaj). Ujęcia w Bostonie są cudowne, podobają mi się też te w pokoju Rosie. Szczególnie ta z globusem i podczas nieoczekiwanej wizyty Alexa. Nie mogę nie wspomnieć o scenie w klubie, bardzo klimatycznej zresztą... Ścieżka dźwiękowa jest nastrojowa, przyjemna, idealnie współgra z obrazem, piosenki spodobają się młodszym, jak i starszym widzom.


Film nie byłby tak przyjemny, gdyby nie świetna gra aktorska Lily Collins i Sama Claflina. Teraz, gdy minął prawie rok, mogę zestawić ze sobą różne obrazy, w których widziałam tych aktorów. „Królewna Śnieżka” nie umywa się do „Dary Anioła: Miasto Kości”, ale dopiero w „Love, Rosie” Lily rozkwita, pięknie się rozwija i pokazuje swoje zdolności. Jest do tego prześliczna, nawet gdy płacze i ma byle jak związane włosy. Sama obserwowałam w „Klubie dla wybrańców” i filmach z serii „Igrzyska śmierci”. Tutaj, w tytułowej roli, ma oczywiście więcej scen do odegrania, w których pokazał, że potrafi twarzą wyrazić wiele emocji.

To ciepła, poruszająca historia, opowiadająca współczesne problemy młodych ludzi. Pokazuje też, że prawdziwa miłość może być tuż obok, niemal pod nosem, ale by ją dostrzec i w pełni docenić, potrzeba trochę czasu. Z drugiej strony przeznaczenie można odnaleźć zupełnie nieoczekiwanie. „Love, Rosie” daje nadzieję na znalezienie szczęścia w miłości. 


zdjęcia pochodzą z serwisu filmweb.pl

You Might Also Like

0 comments

Archiwum

O blogu

Dość poważnie

Wszystkie teksty opublikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Zabraniam ich kopiowania oraz wykorzystywania bez mojej wiedzy i pisemnej zgody.

Formularz kontaktowy