lifestyle

Joy

20:52:00Izabela Lemke


Katarzyna Nosowska powiedziała kiedyś, że kobieta jest organizmem ultra doskonałym – potrafi się podnieść po ekstremalnie ciężkich doświadczeniach. W literaturze i kinie coraz częściej możemy się spotkać z takim jej właśnie wizerunkiem - silnej, niezależnej i nieustraszonej. I mnie się to jak najbardziej podoba. Z chęcią więc wybrałam się na nowy film pięciokrotnie nominowanego do Oscara Davida O. Russella. Zmotywował mnie nie tylko fakt, że to twórca „Poradnika pozytywnego myślenia”, który zrobił na mnie duże wrażenie, ale też to, że na ekranie wystąpi znane z niego trio: Lawrence, De Niro i Cooper.

Joy, tytułowa bohaterka, samotnie wychowuje dwójkę dzieci. Mieszka w psującym się domu razem z uzależnioną od telenoweli matką, babcią, a w piwnicy lokum zrobił sobie jej były mąż. Gdyby tego było mało, traci pracę, a na progu widzi ojca z walizkami. Wszystko jest na jej głowie: prowadzenie domu, opłacanie rachunków, jak również wszelkiego typu naprawy. Joy od dziecka ma smykałkę wynalazcy. Jak się dowiadujemy, nie opatentowała jednak swojego wynalazku, zrezygnowała też ze studiów na rzecz rozwodzących się rodziców. Można powiedzieć, że przez całe swoje życie podporządkowywała się innym. Kiedy jednak wpada na pomysł samo wyciskającego się mopa, jest zdeterminowana, by zawalczyć o siebie.

Film rozpoczyna scena z telenoweli. Mamy więc patos, ufryzowane i wymalowane kobiety o specyficznych imionach i problemach miłosnych. Domownicy mimochodem zastygają przed ekranem i czekają na dalszy ciąg wydarzeń. Telewizor jest nieodłącznym elementem ich codzienności. Opera mydlana staje się swoistym drugoplanowym bohaterem. Pojawia się w snach Joy, często też jest komentarzem do bieżących wydarzeń. O ile taki zabieg jest ciekawy i jak najbardziej go kupuję, tak nie podoba mi się zrobienie z babci narratora całej historii. Trochę tego za dużo. Wiemy, że zobaczymy drogę do spełnienia się amerykańskiego snu, w końcu to film biograficzny. Lukrowa otoczka jest zbędna: nie poprawi smaku, może go tylko zepsuć.


Lubię Jennifer Lawrence, jak dla mnie wypadła naprawdę nieźle. O wiele lepiej niż w „Igrzyskach Śmierci”. Miała większe pole do popisu, z bogatszą paletą emocji i ról do odegrania. Miłym zaskoczeniem był dla mnie moment, w którym występuje na scenie i to bynajmniej nie po to, by reklamować swój wynalazek. Joy z miejsca zyskała moją sympatię, bo spotkało ją to samo, co nas: niewykorzystana szansa, miłość, zdawałoby się, że na całe życie, a która skończyła się szybciej, niż myśleliśmy, rozczarowania i bolesne porażki. Zdrada ze strony przyjaciół, którzy tak naprawdę nimi nie byli i nieoczekiwana pomoc od wrogów. W całej tej zagmatwanej sytuacji i grze pozorów, Joy znalazła siłę, by iść dalej i zawalczyć o siebie. Jak się możecie domyślać, spotkała na swojej drodze wiele przeszkód. I to właśnie one sprawiały, że film oglądałam z zainteresowaniem, a momentami nawet z napięciem. W punkcie zwrotnym pojawił się Bradley Cooper i muszę przyznać, że sceny z jego udziałem są jednymi z lepszych. Otwiera nam drzwi do świata show biznesu, w którym liczy się sprzedaż i tylko sprzedaż. Nie ma miejsca na sentymenty i bezinteresowność. To zawodowiec, dla którego czas to pieniądz. Jak Joy udało się zwrócić jego uwagę? I jakim cudem samo wyciskający się mop zrobił taką furorę?

To nie jest film wybitny ani taki, który będę wam gorąco polecać. Ma świetną obsadę, ogląda się go przyjemnie, potrafi zainteresować, jest po prostu dobry. Nie zachwyca, ale ma coś w sobie. Myślę, że to zasługa tytułowej bohaterki, silnej i niezależnej. Przekonała nie tylko miliony kobiet oglądających telewizję, ale też mnie, wtedy na sali kinowej. Pokazała bowiem, że z każdej, nawet najgorszej sytuacji, jest wyjście. Wystarczy tylko trochę chęci i wyobraźni.  


zdjęcia pochodzą z fanpage'a na FB

You Might Also Like

0 comments

Archiwum

O blogu

Dość poważnie

Wszystkie teksty opublikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Zabraniam ich kopiowania oraz wykorzystywania bez mojej wiedzy i pisemnej zgody.

Formularz kontaktowy